sobota, 7 marca 2015

4. Quebeck

 MERIDA
   Thalia dwa razy przychodziła do mnie pytając czy wszystko dobrze. Ja nie mogłam spać, nurtowało mnie jedno pytanie. Po co to wszystko?
  Wejście do namiotu uchyliło się a do środka znów weszła Thalia.
-Mer- westchnęła.-Proszę idź spać.
-Nie mogę.- odparłam.- A po za tym to ja miałam patrolować dzisiaj obozowisko, nie ty.
-Chcę żebyś się wyspała- mruknęła Thalia.- Przygotowałyśmy wam wszystkie potrzebne rzeczy, nie ma się o co martwić.
-Ta cała wojna z Gają. Myślisz że ta misja ma coś wspólnego?- zapytałam.
   Thalia wzruszyła ramionami.
-Może Artmeida chce ci coś przekazać w śnie. A ty jej nie dajesz szansy.
-Masz racje- odpowiedziałam.-powinnam się wyspać, misja to nie żarty.
   Thalia uśmiechnęła się i wyszła.
 
    Obudziłam się, nie miałam w śnie żadnej informacji od Artmeidy, co było dziwne. Prawie każdej nocy miałam dziwne sny, a co dopiero przed bardzo ważną misją. Teraz nie dostałam ani jednego znaku.
-Mer, Jack wrócił- powiedziała Lizzy.
   Była ubrana jak wszystkie łowczynie, parka i spodnie kamuflujące. Blond włosy miała zaplecione w długi warkocz, zakończony czerwoną wstążką.
-Dlaczego nie budziłaś mnie wcześniej?- zapytałam wyglądając prze wyjście do namiotu, słońce już dawno wzeszło.
-Musiałaś odpoczywać, Thalia mówi że wcale nie spałaś.
-Na brodę Hadesa!- przeklnęłam i w pośpiechu zmieniłam spodnie od piżamy na te kamuflujące.
   Narzuciłam na siebie parkę, zawiesiłam byle jak szalik na szyi...
-Nie ma się co śpieszyć...- powiedziała kiedy ja w pośpiechu wiązałam buty.-Twój bagaż.
   Rzuciła mi mały plecaczek, w którym pewnie mieściła się zawartość pięciu walizek podróżnych. Magiczne gadżety, jak tu bez nich żyć?
-Chodź już!- zawołałam ciągnąc ją za rękaw.
   Cała energia wytrysnęła ze mnie gdy tylko zobaczyłam Jack'a, i to coś za nim.
   Mianowicie był to mały, brzydki, stary samochód pomalowany na niebiesko. Z jego boków wystawały duże, drewniene skrzydła. Nie miał kół a zamiast tego doczepione szyny, do pojazdu przymocowany był renifer.
   Renifer jako jedyny jakoś wyglądał, jego, brązowa sierść lśniła. Skierował poroże w naszą stronę a z jego nozdrzy wyleciała struszka pary. Inne łowczynie zebrały się na około, przygladając się temu czemuś.
-Hej koleżanki!- zawołał Jack za siedzenia kierowcy i pomachał w naszą stronę.
-To lata?- zdziwiłam się.
-No, przecież zależało wam na transporcie powietrznym- powiedział Jack.- To jest Filemon.
   Wskazał z dumą na renifera. Inne łowczynie pod śmiechiwały się z Jack'a, tylko Thalia stała z założonymi rękami pzygladając się pojazdowi.
-Widziałam jak to leciało. Ten renifer jest jakiś magiczny?- zapytała Thalia.
-Tak... ten boska magia. W końcu jestem bogiem- powiedział Jack po czym nerwowo się uśmiechnął.
-Yhym...- mruknęła Thalia po czym zwróciła się do łowczyń.-Za dwadzieścia minut ruszamy, mamy zdać Chejronowi położenie rzymskich wojsk.
-Thalio! Stój!- krzyknęłam szybko.- Jak to macie sprawdzić położenie rzymskich wojsk? Ja w takim razie...
-Merido zajmiemy się zwiadami. Ty masz misje.- powiedziała po czym odeszła wykrzykując kolejne rozkazy.
-Wsiadacie?- zapytał Jack.
   Jak on komicznie wyglądał w tym aucie.
-Torin jedzie z nami- powiedziała Lizzy wpuszczając wilka na tylne siedzenie.
   Popatrzyłam z Lizzy po sobie i równocześnie krzyknęłyśmy:
-Zaklepuje przód.
  CHA CHA CHA pierwsza wskoczyłam na siedzenie pasażera. Lizzy powędrowała do tyłu i usiadła obok Torina.
-Ten wasz Torin...-Jack wzkazał na wilka.-Nie zje Filemona?
   
   JACK
-Zapnijcie pasy- powiedziałem.
-Ale tu nie ma pasów.- odparła Lizzy.
-To taki żart- odpowiedziałem z uśmieszkiem i szarpnąłem za lejce.
   Renifer ruszył zbyt gwałtownie, w uszach słyszałem świst powietrza.
-Ja chce do tyłu!- krzyknęła Merida trzymając się końców fotela.-Zwolnij!
   Renifer zaczął gładko szybować, w powietrzu wyglądał jakby skakał w zwolnionym tępię. Z tyłu Lizzy zwinęła się w kłębek, wychylając lekko głowę przy szybie. Merida wychyliła się przez okno.
-Wow...- powiedziała.
-Może potrzymać cię za rączke i razem pooglądamy widoki?- zaproponowałem z cwanym uśmieszkiem.
   Nie spodziewałem się od niej usłyszeć ,,zgoda", mogła chociaż się zaśmiać albo rzucić coś w stylu ,,ale ty głupi". Zamiast tego widziałem jak jej dłoń wędruje po nóż, ale jakby w ostatniej chwili rozmyśliła się.
-Wymyśl sobie inny temat do żartu- rzuciła i obróciła się w stronę okna.
   Jedną ręką trzymałem lejce a druga sięgnąłem po książkę, którą dał mi North o mitologii.
   Przewróciłem kilka rozdziałów aż znalazłem notkę o Artmeidzie.
   Opiekunka przyrody, łowów... bla bla bla. Ślubowała wieczne dziewictwo bla bla bla. Do swoich łowów przyjmowała tylko dziewczęta, które przyrzekały być dziewicami. Dostawały nieśmiertelne życie, za złamanie ślubów musiały odejść z grona łowczyń.
   Popatrzyłem na Lizzy i Meride, zastanawiając ile mają lat. Czy nie wolały wyjść za mąż i dożyć starości.
-Macie jakieś boskie pochodzenie?- zapytałem żeby przerwać ciszę.
-Jestem córką Iris, bogini tęczy- powiedziała Lizzy.
-Mój ojciec był synem Aresa, boga wojny- odparła Merida.
-Był wojownikiem?
-Można tak powiedzieć. A ty? Bogu sportów zimowych, jaka jest twoja historia?
-Jestem wnukiem Ateny- skłamałem.- Bogowie uczynili mnie patronem sportów zimowych za ich wynalezienie.
-Serio?-parsknęła Merida.-Dostałeś pełną nieśmiertelność za wynalezienie zjazdy na dwóch deskach?
-To są narty- poprawiłem ją.-A chokej? Skoki narciarskie?
-Beznadzieja- mruknęła Lizzy.
-Ludzie to uwielbiają- powiedziałem.- To jest mroźniejsza forma igrzysk olimpijskich.
-Ja osobiście lubię strzelanie z łuków do żywych celów- odparła Lizzy.-Mógłbyś to dodać do olimpiady?
-A rzut palem?- dopytała się Merida.- Kiedyś byłam w tym dobra.
-Rzut palem? To jest niemodne- mruknąłem i pokręciłem głową.- Przecież nikt nie będzie produkować szkodzkich spódniczek z Reboka. A po za tym jak to brzmi ,,Idziesz na narty?" a ty odpowiadasz ,,Nie, idę rzucać palem".
-CHA CHA CHA- odparła Merida.-Nie chce nic mówić ale lecimy w złym kierunku.
-Zapomnieliście mi w ogóle powiedzieć gdzie lecimy- odparłem.
-Nie mówiliśmy? Mer jak mogłaś zapomnieć- powiedziała Lizzy z udawanym oburzeniem.- Do Quebeku, to na wschód.
-Wole być dokładniejszy- odparłem i wyciągnąłem z plecaka od Northa mały globus.
-Fajny plecaczek- odparła Merida.
-Ach... o to chodzi- mruknąłem patrząc na mój plecak.
   Zielono-czerwony w norweskie renifery z napisem ,,♥KAKAO♥".
-Tak naprawdę nienawidzę kakao- wytłumaczyłem co było czysta prawdą, chociaż one i tak nie zwróciły na to uwagi.
   Globus był wielkości piłki ręcznej, był mniejszą wersją tego, który znajdował się w bazie.
-Quebeck- powiedziałem.
-Czy napewno chcesz wyznaczyć tam trasę?- odezwał się kobiecy głos z globusa.
-Tak.
-Kieruj się na wschód- odpowiedział głos globusowego GPS'a.
   Lizzy zachichotała po czym powiedziała: ,,A nie mówiłam". Wykonałem polecenie.
-Większość bogów ma złote rydwany, ciągnięte przez najlepsze konie...- mruknęła Merida.- A ty masz to coś? Fiat ciągnięty przez renifera?
-Tak naprawdę jest pożyczony od przyjaciela- wytłumaczyłem.- Ja poruszam się na własną rękę. A jeśli pozwolicie, ja się przekimam.
   Zawiązałem upsząż na sprzęgle i odchyliłem fotel do tyłu pogrążając się w śnie.

3 komentarze:

  1. super! Ciekawe jak się im powiedzie ich misja? Dawaj jak najszybciej kolejną część :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Rozdział super! (Zresztą jak zawsze :P) mam nadzieje że następny pojawi sie szybko :)

    OdpowiedzUsuń
  3. PS. Co z Pokochaj Huncwota? ;)

    OdpowiedzUsuń